
Szkoła w Tanzanii
Pojechałam na miesięczne misje. Było nas 10 osób. 9 budowało studnię, ja uczyłam w liceum dla dziewcząt nauk społecznych. Po angielsku – gdyż w Tanzanii jest to język oficjalny, tak więc z komunikacją nie miałam problemu. Nauki społeczne w efekcie okazały się wiedzą o świecie, a moje zajęcia odpowiadaniem na milion pytań tych zaczynających dorosłość dziewcząt, które dodatkowo nie mając dostępu do internetu, wiedziało niezwykle mało o świecie. Tłumaczyłam im z czego się bierze okres a także, że nie jest tak, że w Europie wszyscy są bogaci, mają wille i po kilka samochodów (miały obraz Europy jak my niegdyś, w czasach komunizmu, o Stanach Zjednoczonych). Jak rozdałam na początku zajęć kartki z prośbą by napisały, jakie mają marzenia i plany, to prawie wszystkie chciałyby studiować w Europie i tam zostać.
Inne poczucie czasu
Gdyby ktoś prosił bym streściła czego przede wszystkim doświadczyłam w Tanzanii, to byłoby to: inne poczucie czasu i umiejętność robienia nic. Nikt się nigdzie nie spieszy. Godziny spotkań są orientacyjne, a właściwie nie istnieją, gdyż ludzie umawiają się na „przedpołudnie”, „popołudnie” lub „wieczór”.
W szkole zajęcia się zaczynają bo ktoś uderzy w dzwon.
Mężczyźni potrafią całymi miesiącami dzień w dzień siedzieć przed domem i nic nie robić, czasem rozmawiając z sąsiadami, czekając aż urosną plony.
Jedzenie
To niesamowite, jak codziennie można jest to samo. I żyć. Przez miesiąc podawano mi codziennie na śniadanie: chleb tostowy z masłem z orzeszków ziemnych (zresztą był to luksus dla przybyszy z Europy), a na obiad i kolację ryż z fasolą, czasem przyozdobiony jakimś niezidentyfikowanym przeze mnie rodzajem zielska. Można? Można. I nawet było to smaczne. I odchodził problem z myśleniem: co dziś ugotować na obiad.
Mniej decyzji
W ogóle miałam wrażenie, że życie ludzi, przynajmniej w miejscu gdzie wówczas przebywałam, było znacznie prostsze niż nasze w Europie. Przez swą prostotę. Nie trzeba było podejmować każdego dnia tylu decyzji. Co ugotować, co zjeść, w co się ubrać. Większość kobiet miało dwa ubrania na dzień powszedni i jeden bądź dwa na niedzielę.
Koszty psychiczne nowego stylu życia
Przez cały mój pobyt w Tanzanii miałam wrażenie, że ludzie tam, choć mający dużo, dużo mniej niż my, są dużo szczęśliwsi i zadowoleni z życia. Mają mało, ale inni wokół mają równie mało. I próby niemal na siłę zmuszania ich do bardziej zaawansowanego życia nie czynią z Tanzańczyków ludzi szczęśliwszych, a wręcz przeciwnie.
Rozmawiałam z jednym psychologiem z większego miasta. Pytałam co robi. Mówił, że przychodzą do niego mężczyźni, którzy skuszeni wizją dużych zarobków, opuścili wsie, z których pochodzili, i wyjechali do miast by pracować w powstających zachodnich, amerykańskich firmach. Mają pieniądze, ale są z daleka od rodziny, nigdy tyle nie pracowali… i nie wiedzą i nie mogą się odnaleźć.