
Ostatnia prowincja, która została mi do odwiedzenia. Na północy Argentyny, niewiele osób tam jeździ słyszałam nie raz i od wielu osób, że nic tam nie ma, w moim przewodniku po Argentynie ani słowa… Ale chciałam pojechać, choćby dla tego, by ‘zaliczyć’ ostatnią argentyńską prowincję. I pojechałam. I byłam zachwycona, choć zorganizować wyjazd nie było tak łatwo. Ale od początku…
Przygotowania do wyjazdu
Jak zawsze planując tego typu wyjazdy zaczęłam szukać w Internecie informacji co warto zobaczyć w prowincji Formosa. I pojawiło się kilka różnych parków (czyli to, czego zawsze najbardziej szukam). Nie mogłam jednak znaleźć żadnych konkretnych informacji praktycznych, gdzie spać (na booking.com były noclegi tylko w stolicy prowincji, a ja planowałam zobaczyć miejsca znacznie od stolicy oddalone), jak zorganizować wycieczki. Na maile wysłane do lokalnych wydziałów turystycznych (np. www.Formosahermosa.gob.ar) zwyczajem argentyńskim nikt nie odpowiadał… Na jednym forum (chyba trip advisor) ktoś napomknął nazwisko jednego lokalnego przewodnika po tzw. Bañado de Estrella (ponoć jednym z 7 cudów naturalnych Argentyny). Znalazłam też go na Facebooku i napisałam. Komunikacja nie była łatwa.
Mniej więcej taka:
– co najbardziej warto zobaczyć w prowincji Formosa?
– jest dużo ładnych miejsc
– Ale co najbardziej byś polecił. Najbardziej interesują mnie parki i zwierzęta
Wymienił basen…
– Ale z parków, przyrody… Planuję być w prowincji ok. 3 dni… Co najbardziej warto zobaczyć?
– Warto zobaczyć
– Ale co najbardziej
To teraz wymienił z 10 różnych miejsc, więc by do nich dojechać bym musiała być w prowincji co najmniej tydzień
– Ale co najbardziej warto zobaczyć mając 3 dni?
– Wiele rzeczy warto zobaczyć…
No to spróbowałam bardziej konkretnie:
– Czy Reserva Natural Formosa ma coś czego nie mają Bañado de Estrellas czy Parque Nacional Pilcomayo?
– Jest przy Rio Bermejo…
No więc zwątpiłam w sukces komunikacyjny… I pierwszy raz postanowiłam pójść do Domu prowincji Formosa znajdującego się w Buenos Aires (Tzw. Casa de Formosa – każda prowincja posiada taki dom w stolicy, służący trochę jako biuro turystyczne, promocja prowincji). Dziewczyna obsługująca mnie w tym domu bardzo sympatyczna, choć też średnio poinformowana. Nie wiedziała (jak potem się dowiedziałam na miejscu), że część parków było zamkniętych przez remonty, mówiła, że cały czas można pływać po jeziorach (które jednak okazały się wyschnięte)… Ale dała mi mapę z atrakcjami w całej prowincji co mi pomogło planować wyjazd… Jak spytałam jednak jak dojechać do Bañado de Estrellas, gdzie tam spać, czy są jakieś zorganizowane wycieczki, jak to tam wszystko działa, bo nie znalazłam w Internecie żadnych informacji, a nawet googlemaps nie umiał znaleźć trasy dojazdu… odpowiedziała, że takich szczegółów to ona nie zna, ale może mi dać telefon do lokalnego przewodnika, u którego także można spać, którym okazał się… Chilo… Tak więc byłam skazana na Chilo więc wznowiłam komunikację. Tym raczej już pomijając wątki szersze niż samo miejsce, w którym mieszka i organizuje wycieczki… Choć korespondencja w dalszym ciągu do najłatwiejszych nie należała.
– Mógłbyś mi napisać jakieś szczegóły jakie wycieczki organizujesz, w jakich godzinach?
– Różne
– Tzn. jakie?
– Są różne opcje
– Ale rano, wieczorem?
– I rano i wieczorem…
– Kiedy można zobaczyć więcej zwierząt
– To zależy…
[moja cierpliwość była bliska końca no ale nie miałam wyjścia]
– I o której godzinie są te wycieczki? Ile trwają?
– Rano i wieczorem..
– przyjeżdżam do stolicy Formosy 17 listopada o 9.00 rano, wypożyczam samochód i chciałabym wiedzieć na którą powinnam dojechać, by móc wziąć udział w tej wycieczce wieczorem
W odpowiedzi dostałam zdjęcia z wieczornej wycieczki…
Zmieniłam temat na chwilę:
– Sonia z Casa de Formosa mówiła też, że można spać u niego na terenie
– Tak można. Może mi zaproponować nocleg z wyżywieniem i wycieczkami (podał cenę)
– Super, ale jakie wycieczki obejmuje ta cena?
– Możemy isc kiedy chcę
– Możemy zrobić wycieczkę wieczorną kiedy dojadę w piątek, a potem następnego dnia rano drugą?
– Tak możemy
– Super.
Potem spytałam czy zna kogoś kto by mnie mógł oprowadzić po lokalnej społeczności. Podał telefon.
– A czy mógłby mi powiedzieć o której w sobotę skończymy? (bo chciałabym sobie zaplanować resztę dnia i spotkanie z tą drugą przewodniczką – myślałam ze tak będzie łatwiej)
– wyjedziemy rano
– ok. ale o której wrócimy?
– To zależy…
– Ile trwa ta wycieczka?
– kilka godzin…
[Ratunku!!!!!!]
– Czyli ile konkretnie?
– ok. 3
Yes… Wreszcie jakiś konkret… Choć tez nie wiedziałam na ile wierzyć w te godziny. Najwyraźniej ludzie w tym miejscu nie funkcjonują według zegarka… Rano, po południu, wieczorem… wystarczy… Nikt się nigdzie nie spieszy…
Potem jeszcze musiałam tłumaczyć niezrozumiały (zresztą w całej prowincji) koncept bycia wegetarianką… czyli niejedzenia zwierząt.
– To co jesz?
– Warzywa….
No to jadłam warzywa. Na obiad smażone ziemniaki… Na kolację gospodyni tez chciała mi przygotować smażone ziemniaki z jajkiem albo… frytki… Gdy spytałam czy mogłaby mi zrobić np. ryż z warzywami dostałam z pól kilo gotowanego ryżu i pokrojonego pomidora. Dobre i to.
Potem spytałam jak do niego dojechać. Wysłał mi swoją lokalizację w googlemaps. Ja, ale czy mógłby mi powiedzieć jak tam dojechać, bo googlemaps nie umie znaleźć trasy. Po raz drugi wysłał mi swoją lokalizację.
No więc tego już się dowiedziałam przez telefon of Soni z Casa de Formosa. (należy dojechać do Las Lomitas i potem skręcić w żwirowo-piaszczystą drogę na Fortin la Soledad).
Zarezerwowałam samochód w wypożyczalni w stolicy Formosie (nawet łatwo poszło)… I ponieważ loty zupełnie nie odpowiadały mi godzinowo kupiłam bilety na nocne autokary (ok. 15h w jedną stronę). Chciałam się dowiedzieć czy serwują jakieś posiłki na tak długim przejeździe (tak jak mi mówił kolega, jak podróżował niegdyś z nimi) i ewentualnie poprosić o wersję wegetariańską.
No i się zaczęła typowa argentyńska gehenna związana z próbą dowiedzenia się czegokolwiek.
Napisałam maila do Obsługi klienta firmy (Plataforma 10), przez której platformę kupowałam bilety. Uzyskałam odpowiedź, że nie posiadają takiej informacji? Ja, to kto posiada? I znowu odpowiedź z szablonu: Oni nie posiadają takiej informacji. Ja, to kto posiada? U nich kupiłam bilet… Po którejś z kolei mojej wiadomości, ktoś ją przeczytał ze zrozumieniem i odpisać, że muszę się skontaktować z firmą przewozową… Spytałam o kontakt do nich… No i znowu już tylko seria odpowiedzi, że nie posiadają takiej informacji…
Próbowałam się skontaktować na numer telefonu, który znalazłam w Internecie… Niestety przez kilka dni nikt nie odebrał. Straciłam kilka godzin i nerwów i oczywiście się nic nie dowiedziałam.
Dopiero przy autokarze się dowiedziałam, że od pandemii (która się skończyła 2 lata temu) nie serwują już posiłków.
Przejazd autokarem
15h autokarem to dłużej niż samolotem do Europy, ale wygodniej. Kupiłam miejsce Cama Suite – czyli siedzenia, które się doskładają prawie tworząc poziome łóżko, więc wygodnie. Można się było też odseparować zasłonkami. Niestety drugą poza jedzeniem różnicą od nocnej podróży samolotem, która nie przyszła mi do głowy, było to, że nie było nic do przykrycia (w powrotną stronę już przykrywałam się dużym ręcznikiem).
Bañado de Estrallas o zachodzie słońca
Wypożyczyłam samochód i pojechałam do Bañado de Estrellas, czyli parku przy Fortin la Soledad. Droga bardzo dobra, asfaltowa, za wyjątkiem ostatnich 70km, gdzie trzeba było jechać bardzo wolno przez żwir (by nie uszkodzić karoserii kamieniami) i koleiny w ziemi. Ostatnie 70kkm nie miało też już Internetu, Ale znalazłam dom Chilo. Był szyld: Chilo turismo.
Zjadłam obiad (jak już pisałam cos a la tortilla – ziemniaki z jajkiem), zostawiłam rzeczy w bardzo skromnym i bardzo starym pokoju (ale miał klimatyzację! Co nie jest bez znaczenia zważywszy że był 40 stopniowy upał).
I pojechaliśmy z Chilo i jego żoną camionetą (czyli większym takim samochodem, furgonetką) na przejażdżkę łódką (Chilo nie prowadzi samochodu).
Jechaliśmy samochodem po nierównych piaszczystych terenach, gdzie ponoć jeszcze miesiąc temu była woda. Ponoć najlepszym miesiącem by przyjechać do Bañado de Estrellas jest sierpień, wtedy wszystko jest pokryte wodą, i się pływa po pięknym wielkim jeziorze.
No ale nie można być wszędzie w sierpniu.

Płynęliśmy rzeką łódką na motorze.
Generalnie fajnie, lubię przyrodę, ogromne ilości yakarees (czyli kaimanów),



wiele różnych ptaków…



(choć duża część zdjęć rozmazanych, bo trudno robić nieporuszone zdjęcia aparatem z dużym zoomem z kiwającej się łódki).
Trochę przeszkadzał mi motor łódki. Takie wycieczki powinno się robić kajakiem (w Chaco przewodnik wiosłował z tyłu a ja siedziałam z przodu i robiłam zdjęcia). Nie tylko ze względu na ciszę… ale przede wszystkim zwierzęta. Jak w takim parku o dość niskim poziomie wody można pływać łódką z silnikiem? Chilo ze swoją żoną nie mogli zrozumieć, że wcale mnie nie bawi (a wręcz przeciwnie) patrzenie jak na pokład wpadają poranione ryby wkręcone przez silnik, które potem rzucali na pożarcie kajmanom… Moja wegetariańska dusza wręcz nie mogła na to patrzeć, a ponoć było to dużą atrakcją dla innych turystów. Prawa zwierząt nie istnieją jednak w Argentynie, zwłaszcza w mentalności ludzi i zwłaszcza na północy kraju.
Bañado de Estrellas o świcie
Następnego dnia pojechaliśmy zobaczyć główny punkt programu, czyli Bañado de Estrellas. Pojechaliśmy moim wypożyczonym samochodzikiem (zupełnie nie na takie nierówne tereny). Ale żona Chilo musiała gdzieś pojechać, więc nie było wyjścia. Banado de Estrellas jest nazywane jednym z siedmiu cudów Natury Argentyny. I zasługuje w pełni na to miano.
Jak już pisałam, w miesiącach zimowych, cały teren jest pokryty jeziorem, teraz w lato, większość wody wyschła i zostało kilka malutkich lagun. Ale i to miało swój ogromny urok z uwagi na ogromne nagromadzenie różnych ptaków i zwierząt potrzebujących wody na małej powierzchni. Widok zapierający dech w piersiach.
Ponieważ nie byłam w sezonie turystycznym, byłam tylko ja, przewodnik, i dużo zwierząt wokół.
Po 2h zerwał się bardzo silny wiatr więc musieliśmy już wracać.
Większość zwierząt była dzikich… Ale też było wiele oznaczonych na uszach krówek. Musiały więc do kogoś należeć. Podobnie pewnie z wieloma końmi i prosiaczkami. Przewodnik powiedział mi, że w istocie wiele z żyjących tu zwierząt należy do kogoś… Ale żyją i śpią tu. Życie jak w raju… Tak sobie myślałam, że skoro do kogoś należą to nie po to, by ten ktoś nie chciał ich wykorzystać… I wracając znalazłam odpowiedź na pytanie, kiedy minęliśmy samochód z przyczepą na jedno-czy dwa zwierzęta. Zrobiło mi się smutno, pomyślawszy, że dziś pewnie dla niektórych zwierzaków, które widziałam raj się zakończy… 🙁
Las Lomitos czyli wioska tubylców

Zjadłam śniadanie (a konkretnie wypiłam yerba mate i wzięłam ze sobą jakąś paczkę kupionych najtańszych krakersów), spakowałam się i ruszyłam do Lomitas na spotkanie z mieszkańcami wioski aborygenów. Tam spotkałam się z Cecylią, która zabrała mnie do swojego gospodarstwa, zjadłyśmy z nią i jej siostrą obiad (zrobiła duże empanady z acelgą (takimi dużymi liśćmi)…. mówiąc, że to pierwsze danie wegetariańskie, które w życiu robiła, nawet smaczne)… Potem od innej jej siostry i dwóch innych sąsiadów kupiłam – w ramach wsparcia wspólnoty – kilka sztuk rzemiosła z jakiejś lokalnej odmiany wikliny….
Misja Franciszkańska Tacaagle
I ruszyłam w stronę Misji Franciszkańskiej – Mision Tacaagle.
Dojechałam tuż przed 19.00, kiedy właśnie zaczynała się Msza św. Poprosiłam jedną osobę odpowiedzialną za tą misję o krótkie oprowadzenie mnie po miejscu a potem zostałam na Mszy. Na żadnej Mszy w żadnym miejscu nie byłam tak przyjęta jak przez tą wspólnotę. Podczas długiej, bo aż 2h Mszy, staruszek ksiądz wiele razy zwracał się do mnie jako że siedziałam w pierwszej ławce i kolorem skóry wyróżniałam się od reszty. Zresztą ok 30-40 osobowa zgromadzona w małej kaplicy wspólnota była tak zżyta, że nie trudno było zauważyć, że jestem kimś z zewnątrz. Ksiądz niejednokrotnie podczas Mszy zwracał się do mnie: jako: gringa (tak różne grupy aborygenów mówią w Ameryce Płd na Białych)… np. podczas modlitwy wiernych – w słowach: módlmy się za gringo, która nas odwiedziła dziś… Czasami mi tłumaczył jakieś lokalne słowa… Po Mszy pobłogosławił, zrobiliśmy sobie zdjęcia, a od jednej dziewczynki która śpiewała dostałam różaniec który miała na szyi. Żal mi było odjeżdżać; w ramach skromnych podziękowań poczęstowałam polskimi cukierkami.
Nocleg w Laguna Blanca
I udałam się do miejscowości Laguna Blanca, na nocleg w hoteliku oddalonym o ok. 9 km od Parku, który nazajutrz chciałam odwiedzić. Kontakt do właściciela też dostałam pocztą pantoflową i rezerwację robiłam przez whatsappa.
Mimo, że właściciel mnie zapewniał, że w hoteliku jest restauracja i są także dania wegetariańskie, jak przyjechałam właściciela nie było na miejscu, a kucharz powiedział, że nie umie przygotować żadnego dania bez mięsa, a jak go spytałam czy ma jakieś warzywa odpowiedział, że nie
Tak więc musiałam obyć się bez kolacji (a konkretnie zjadłam kilka ciasteczek które zawsze staram się ze sobą wozić na takie właśnie wypadki). Chłopak pilnujący hotelu w nocy zrobił mi gorącej wody do termosu (na to zazwyczaj wszędzie można liczyć przy argentyńskim zwyczaju picia zawsze i wszędzie yerba mate).
Trochę się najadłam stresu, bo kucharz mówił, że nazajutrz są wybory więc na pewno park narodowy jest nieczynny. Chłopak pilnujący hotelu poradził zadzwonić na policję, która na pewno wie. Zadzwoniłam. Usłyszałam, że są wybory, więc na pewno park jest zamknięty.
Nie posłuchałam, zresztą i tak nie miałam nic innego do roboty, więc nazajutrz wstałam wcześnie rano i pojechałam do parku (nie jedząc śniadania, które zaczynało się dopiero od 8.00).
Parque Nacional Pilcomayo
I dobrze. Park był otwarty. Miał być od 7.00, byłam o 7.30 i dobrze że nie wcześniej, bo chłopak odpowiedzialny za otwarcie parku minął mnie w trakcie drogi i był tuż przede mną. Nie był to sezon turystyczny poza tym w świetle świetnie poinformowanej policji mało to wybierał się do parku, więc przez kilka godzin byłam tam sama. A potem spotkałam jeszcze jeden samochód z dwoma chłopakami. I cudownie. Dzięki temu miałam praktycznie cały park (czy raczej połowę, bo połowa okazała się być zamknięta przez jakieś prace naprawcze) i zwierzęta dla siebie.
I znowu było to co kocham. Piękny park, po którym jeździłam samochodem, zatrzymując się by oglądać, podziwiać, robić zdjęcia a też nagrywać różne ptaki i inne zwierzęta.
Oto kilka egzemplarzy.
Przecudownie…
Po zwiedzeniu parku pojechałam do Formosy – stolicy (w Argentynie często prowincja i jej stolica nazywają się identycznie – tak by się myliło 😊), ale wszystko było zamknięte z powodu wyborów i z powodu ogromnego upału. Więc stwierdziłam, że mając jeszcze kilka godzin do wieczornego autokaru, korzystając z klimatyzacji w samochodzie i taniej benzyny w Argentynie pojadę jeszcze 60km do drugiej byłej misji Franciszkańskiej do Laishi. Tak też zrobiłam.
Laishi
Ciekawsze od misji okazało się zobaczyć jak przebiegają wybory w małej formosańskiej miejscowości. Oto punkt wyborczy…
Jak widać cisza przedwyborcza ma się świetnie 😊 Cały punkt wyborczy obklejony plakatami jednego z kandydatów.
Zatrzymałam się, pogadałam z ludźmi i udałam się kilka przecznic dalej zobaczyć Misję. W przeciwieństwie do Misji w Tacaagle, ta okazała się kompletnie opuszczonym i rozpadającym się miejscem, właściwie muzeum na powietrzu (nieczynnym akurat, ale otwartym), którego zwiedzenie zajęło mi kilka minut.
Wróciwszy do samochodu zobaczyłam pęknięte koło. Nie wiem czy ktoś przedziurawił, czy na coś najechałam (po przejechanych 1000 km w Formosie)… ale przeżyłam chwilę grozy jako że za 2h miałam autokar 60km stamtąd. Szybko udałam się pod punkt wyborczy który właśnie – o 18.00 był zamykany… Ale całe szczęście spotkałam tam jeszcze ludzi – w tym faceta, a którym wcześniej miło rozmawiałam. Poprosiłam by mi pilnie pomógł, bo za pół godziny muszę stąd wyjechać by zdążyć na autokar w stolicy. I udało się. Okazało się, że wśród ludzi zgromadzonych przy punkcie wyborczym był ktoś kto ma warsztat. Szybko poszliśmy do znajdującego się 3 ulice dalej samochodu, zmieniono mi koło na zapasowe, potem szybko pojechaliśmy do jego warsztatu (tez ze 4 uliczki dalej – w końcu to mala wioska), naprawił kolo, założył, zapłaciłam mu więcej niż chciał ( i tak grosze w porównaniu z Buenos Aires) i ruszyłam do stolicy. Musiałam szybko jechać choć droga taka sobie i jednocześnie musiałam uważać, by znowu w jakiejś dziurze nie rozwalić koła. Ale udało się.
Jeszcze dojeżdżając do dworca wpadłam na sekundę zobaczyć katedrę…
Oddałam na dworcu samochód, wzięłam w pędzie rzeczy (udało mi się nic nie zostawić) i wsiąść do autokaru zanim odjechał. Trochę nerwów, ale mnóstwo przygód. 3 dni, a wydawały się trwać znacznie dłużej.