
Ważną kwestią w podróżnych jest bezpieczeństwo. Ja jestem dość odważna i już nie raz podróżowałam sama w miejsca nie mające renomy bezpiecznych. Cała Ameryka Łacińska, choć wewnętrznie zróżnicowana, do zbyt bezpiecznych miejsc nie należy. Ale każdy ma jakiś pułap, na którym odwaga staje się głupotą. Nie jeżdżę i nie chodzę więc wszędzie, zwłaszcza po ciemku i jak na razie udało mi się uniknąć niebezpiecznych zdarzeń, choć kradzieży nie uniknęłam.
Ale w tym poście chciałam napisać kilka słów nie tyle o bezpieczeństwie czy kradzieżach ile oszustwach finansowych.
Pamiętam moją miesięczną podróż po Peru. Był to rok 2015, kiedy jeszcze internet nie był tak rozwinięty jak dziś. Większość wycieczek i biletów kupowało się nie przez Internet, a z jakiś różnych quasi biur turystycznych, jakiś budek na ulicy… gdzie zostawiało się pieniądze a dostawało w zamian jakieś różne karteczki z różnymi nie do odczytania bazgrołami, które miały służyć na trasie za bilety wstępu do różnych miejsc, środków lokomocji itp. Czasami służyły, ale często nie. Pamiętam jak kupiłam bilet na pociąg do Machu Pichu, który okazał się bezwartościowym świstkiem papieru i musiałam z plecakiem drałować kilka kilometrów na piechotę.
W wielu krajach latynoskich w sklepach nie ma cen towarów, a cenę podaje sprzedawca w zależności. Pamiętam jak kiedyś w peruwiańskim warzywniaku spytałam, dlaczego ja mam zapłacić za to samo awokado pięć razy więcej niż osoba przede mną. W odpowiedzi usłyszałam, że jak mi się nie podoba, to nie muszę kupować. A ponieważ wszyscy sprzedawcy prowadzili taką samą politykę (zmowa cenowa dla obcokrajowców), to wiedzieli, że nie mam wyjścia bo jeść muszę.
Kiedyś z grupą znajomych dojechaliśmy w Indiach do hotelu, gdzie mieliśmy zarezerwowane (i zapłacone) przez internet pokoje. Wchodzimy do hotelu, i słyszymy, że nie ma już wolnych pokoi, pokazujemy wydrukowane rezerwacje, i nadal słyszymy, że nie ma wolnych pokoi (W stylu kultowego Misia: nie mamy Pana płaszcza i co nam Pan zrobi). Próby wykłócania się nic nie dały. Musieliśmy szukać w okolicy innego hotelu. Jak ktoś skomentował, widocznie ktoś inny zapłacił więcej.
W Argentynie większość sklepów i knajp nie chce dać Ci faktury, rachunku za zakupy. W 90% miejscach akurat tego dnia nie ma księgowego, nie działa drukarka, albo przyślą mailem (bo dbają o środowisko i nigdy nie przesyłają). A generalnie nie chcą ich wystawiać, by nie płacić podatków.
Należę do osób, których takie rzeczy strasznie irytują, nie cierpię być oszukiwana. Próbuję tłumaczyć, wykłócać się, reklamować, ale w większości przypadków jest to walka z wiatrakami, w której nic nie zyskuję (no może poza poczuciem że powiedziałam komuś co myślę o nim, czy jego businessie i próbowałam walczyć ze światowym złem). Często obcokrajowcy też słyszą (dla których j. hiszpańskim jest drugim językiem) że na pewno coś źle zrozumieli. Nie ma się szans na wygraną, zwłaszcza jak się jest turystą.
I tak sobie nie raz myślę, że chyba zdrowsza dla psychiki byłaby postawa, w której tego typu oszustwa wpisywałoby się w dodatkowy koszt wyjazdu, koloryt danego miejsca, o którym po latach można ze śmiechem opowiadać jako barwną historyjkę. Ja jednak tego nie potrafię, choć chciałabym.