
Karnawał w Rio de Janeiro to coś, o czym chyba prawie każdy w życiu słyszał… Ja też i też od wielu lat chciałam zobaczyć. I wreszcie udało się… I warto choć raz w życiu to przeżyć.
Sambodromo
Karnawał w Rio – z obrazów w telewizji – zawsze kojarzyłam z paradami profesjonalnych tancerzy przebranych w różne stroje tańczących w rytm samby. I to się zgadza. Tylko – wbrew temu jak sobie wyobrażałam – nie maszerują one po ulicach Rio, dostępni dla wszystkich, a jedynie w miejscu o nazwie Sambodromo, do którego wstęp jest biletowany (i wcale nie jest to tanie, w zależności od miejscówki i dnia od kilkudziesięciu do kilkuset dolarów, a nawet więcej). Najpierw bowiem występują/paradują szkoły tańca mniej profesjonalne, a potem coraz bardziej, kończąc na tych, co wygrali i dostali nagrody w latach poprzednich.




Widok niesamowity rzeczywiście, ale muzyka na dłuższą metę dość męcząca.
Przynajmniej dla mnie… I inna niż mi znana z przeboju: Samba de Janeiro.
Choć podobno w różnych regionach na pokazach puszczają czy grają różne rodzaje samby.
Przeżycie niezapomniane choć – jak większość rzeczy w Ameryce Łacińskiej – dla ‘nocnych Marków’. Zaczyna się bowiem wszystko o 22.00 a kończy 5.00-6.00 rano. Ja byłam raz i wyszłam o 1.00. Nie dawałam już dłużej rady. Inni jakoś nie potrzebują spać… Nie tylko bowiem oglądają parady do samego rana ale potem nie wracają do domów bo idą bezpośrednio na ogólnodostępną paradę o nazwie blocos.
Blocos
Blocos to przemarsze ulicami, czy plażą czy w jakimkolwiek innym miejscu grup tzw. zwykłych ludzi, przebranych localsów czy turystów, którzy maszerują przy muzyce, czasem śpiewając… Listę zorganizowanych wcześniej blocos wraz z trasą przemarszu można znaleźć w internecie. Na blocos, zwłaszcza te odbywające się na plaży, ściągają tłumy.



Są też blocos kameralne, tylko dla localsów, nie ogłaszane w internecie na ogólnodostępnych stronach ale wśród znajomych znajomych… Na taki jeden udało mi się trafić dzięki poznaniu mieszkanki Rio. W sumie fajniejsze nawet. Bardziej naturalne, mniejsze, mniej turystyczne.
Karnawałowe stroje (i ich skąpość)




Ale warto zaznaczyć, że dominowały – zwłaszcza u pań – stroje dość skąpe… niezależnie od form ciała i tego co miały do pokazanie. Najwyraźniej nikt się tym nie przejmował. Ubiorem niemal oficjalnym bo dominującym u pań (choć nie tylko) były stringi (ubiór u pań dominujący też na plaży) i kraciaste rajstopy.

Tłumy
W całym mieście tłumy, w metrze, na ulicach, grupy śpiewających (po 5 dniowym pobycie w Rio potrzebowałam kilka dni ciszy by się odbodźcować). Kolejki do knajp. Trudno było wejść do metra…
Ale muszę przyznać, że policja dobrze spisała się z zarządzania ruchem tłumów, wejściem do metra; wszędzie ustawione korytarze z bramek hamujące ruch, jak na lotniskach. Zapewne lata praktyk – mimo pandemicznej przerwy.
Rio jako miasto
Poza uczestniczeniem w różnych imprezach związanych z karnawałem ponieważ byłam po raz pierwszy w Rio chciałam też zobaczyć największe atrakcje.
Wzgórze Corcovado i pomnik Chrystusa Zbawiciela
Uwielbiam jazz, bossanovę… i od lat znałam w wielu wykonaniach (i sama śpiewałam) piosenkę pt. Corcovado, więc nazwa była mi bardzo bliska.

Corcovado to wzgórze w Rio na którym jest znany na całym świecie pomnik Chrystusa Króla.
W podstawie statuy jest mała kapliczka gdzie 2 razy dziennie odprawiana jest Msza św.

Ze wzgórza można podziwiać zapierający dech w piersiach widok na całe Rio de Janeiro.
Figura Chrystusa Zbawiciela w Rio de Janeiro jest znana na całym świecie, choć mało kto wie, że wcale nie jest najwyższa. Ma bez cokołu – 30 m. Wyższa jest choć Statua Chrystusa Króla w polskim Świebodzinie – ma 33 m. (też byłam).
Trochę mnie zniesmaczyło, że bardzo dużo turystów zewsząd robiło sobie zdjęcia ze statuą Chrystusa imitując Jego postawę z wyciągniętymi ramionami. Dla mnie było to nieco prześmiewcze.

Góra Cukru i Zachód Słońca

Kolejne wzgórze z pięknymi widokami to Góra Cukru. Wjeżdża się na nią dwoma kolejkami, pośrednicząc przez inną górę.

Na pierwszą górę można wejść (albo jak ja to mądrze zrobiłam, wjechać, zejść i wejść z powrotem) w ramach trekkingu od tzw. czerwonej plaży. Po drodze można spotkać śliczne małpki gwiazdeczki (monos estrellas).

Na Górę Cukru wybrałam się na Zachód Słońca. Tłumy. Jak wszędzie. Zwłaszcza w miejscach z najcudowniejszymi widokami. Widać Figurę Chrystusa, inne wzgórza i dół miasta.


Abrico de macoco
Poza manos estrellas z przyrody zachwyciły mnie też obrastające drzewa kwiaty abrico de macoco. Przepiękne.




Słynne schody Selarón
Jedną z dużych atrakcji Rio są schody Selaron. Mają 125 metrów długości, spore przewyższenie i 215 stopni. Są pokryte ponad 2000 płytek pochdzących z ponad 60 krajów świata. Tworzył je przez 23 lata chilijski artysta – Jorge Selarón.



Na schodach tłumy turystów i localsów pijących drinki i próbujących zrobić sobie zdjęcie by nikt im nie wszedł w kadr. Co nie było łatwe.
Oto co najlepsze mi się udało:
Ciekawe, że na tyle kolorowych schodów gdzie chciałam zejść dla odmiany jeden wielki syf. Miasto kontrastów. Jak wszędzie, choć w krajach latynowskich wyjątkowo dzielnice bogatych sąsiadują z fawelami.
Plaże

Ostatni dzień spędziłam na plaży Ipanema. No bo w końcu być nad oceanem i nie pobyć na plaży? Super. Fajniej niż w argentyńskim Mar del Plata. Mimo, że mnóstwo ludzi…to jednak to że prawie każdy wypożycza składane krzesełka i parasole daje trochę psychicznego/wzrokowego dystansu od innych. Jak ktoś przyjdzie odpowiednio wcześnie ma szansę zająć miejsce ‘w pierwszym rzędzie’ z widokiem na morze/ocean i niedalekie wysepki. Cały dzień wśród plażowiczów roznoszone są drinki i różne napoje, drobne przekąski, a także kremy czy kostiumy kąpielowe…




Słońce pali strasznie. Mimo parasola nie posmarowawszy spaliłam się strasznie…i przez dwa tygodnie walczyłam ze schodzącą zewsząd skórą.
Trafiłam na ogromne fale. Ale dzięki temu mogłam zobaczyć jak mimo tłumów plaża jest bardzo dobrze strzeżona przez ratowników. Jedni na brzegu dbali o to, by nikt zanadto się nie oddalał od brzegu, inni na skuterach wodnych pływali w pewnym oddaleniu od plaży i sprawdzali czy nikt nie został zniesiony przez fale za daleko.
Drinki a przede wszystkim…caipirinha
Najbardziej znanym drinkiem, na plażach w knajpach i wszędzie jest Caipirinha.



Oto główny składnik:

Havaianas

Nie jest to lokowanie produktu, ale to klapki, w których chodzą prawie wszyscy młodzi zwłaszcza Brazylijczycy w lato… Turyści też ulegają tej fali. Ja też 😊
Fawele
Z Rio de Janeiro nieodłącznie kojarzą się fawele, miejsca zamieszkania najbiedniejszych ludzi.
Same fawele nie zrobiły na mnie dużego wrażenia, po tym jak już widziałam wiele podobnych miejsc w Azji czy tzw. villas miserias w Argentynie, w Buenos Aires. Niestety do widoku biedy też można się przyzwyczaić.
Ale może po kolei.




Samemu pewnie lepiej na fawele się nie wybierać. Są natomiast agencje turystyczne (z którymi kontakt mają hotele), które organizują wycieczki na fawele, gdzie przewodnikami są osoby, które stamtąd pochodzą, które są znane… i w dodatku cenione, że przywożą turystów, którzy w różnych sklepikach, barach, zostawiają pieniążki.
Jak nam mówił ów przewodnik – w fawelach jest bezpieczniej niż na zewnątrz, bo ci co kradną to raczej kradną na zewnątrz faweli, na plażach, a nie u siebie.



Byłam w największej i najbardziej znanej faweli o nazwie: Rocinha.
Fawelami rządzi nieformalna władza. Czasem sa walki między gangami, jak inne pretendują do objęcia owej władzy. Na fawelach jest policja, ale skorumpowana. Dostają pieniądze, by ‘nie pojawiać się’ w miejscach gdzie kwitnie handel narkotykami. A kwitnie.

Mieliśmy możliwość – za dodatkową opłatą – przejechać się motorami z mieszkańcami faweli po miejscach gdzie taki handel ma miejsce. Oczywiście skorzystałam, choć byliśmy ostrzeżeni, że zrobienie zdjęcia może grozić utratą aparatu czy komórki…

Ale co mnie zdziwiło – na fawelach są też ładne miejsca, kawiarnie, bart, stworzone specjalnie dla turystów, z których można podziwiać widoki na fawele i miasto.
Język…
I tu generalnie spore rozczarowanie. Znam j. hiszpański dość dobrze, a i tak poza hotelem prawie nigdzie nie byłam w stanie się w tym języku porozumieć. A ponoć podobny do portugalskiego. Można sporo zrozumieć w języku pisanym. Ale w mówionym ciężko. Po angielsku też z prawie nikim na ulicy nie byłam w stanie się porozumieć. Czy Brazylijczycy w szkole nie uczą się języków obcych? Poza tym dziwiło mnie, że w mieście do którego co roku przyjeżdżają miliony turystów w wielu miejscach turystycznych, restauracjach, plażach, itp nikt nie mówił w innym języku niż portugalski.
Płacenie kartą kredytową
Tu Rio mnie zaskoczyło. Kartą (polską) można było płacić praktycznie wszędzie. Nawet na plaży za wypożyczenie leżaków czy drinki…W metrze zbliżeniowo za wejście na peron. Robiła to większość ludzi i działało. Nie byłam świadkiem żadnych kradzieży.
Bezpieczeństwo
Właśnie. bezpieczeństwo. Przed wyjazdem komukolwiek mówiłam, że jadę do Rio to słyszałam: „uważaj, bo tam strasznie kradną, wyrywają torebki, nie noś żadnych torebek plecaków, nie wyjmuj telefonów na ulicy, itp…). Jechałam mocno tym zestresowana… głównie tym jak mam robić zdjęcia… Uznałam w końcu, że będę je robić małym aparacikiem pożyczonym od przyjaciela… Że to bezpieczniejsze od komórki, którą łatwiej wyrwać; ani też nie będę brała mojego dużego telefonu… Nosiłam więc pieniądze i dokumenty pod bluzeczką, pod spodniami… aparat w plecaczku noszonym na brzuchu… Ale z każdym dniem czułam się bezpieczniej… Owszem, dużo ludzi widziałam z komórkami w bieliźnie (tych w przebraniu), ale też i z torebkami na ramieniu. W metrze dużo ludzi siedziało czy stało z komórkami w ręku, też nagrywało… więc po jakiś 3 dniach ustąpiła mi paranoja i chodziłam już tylko z komórką. Uważałam, i nic mi się nie stało…
Jak wszędzie mniej i bardziej bezpieczne dzielnice. Do tych mniej bezpiecznych wieczorami nie chodziłam. A na plaży nie zostawiłabym nigdzie swoich rzeczy bez opieki. Na plaży warto więc być w co najmniej 2 osoby. Jedna idzie do wody, druga pilnuje rzeczy. Tak bezpieczniej, no i przyjemniej…
Free walking tour
Jeden z najgorszych free walking tour w jakich w życiu brałam udział. Generalnie idea free walking tour jest taka, że osoby tym zainteresowane oprowadzają turystów po najciekawszych miejscach danego miasta/miasteczka a uczestniczący turyści w zależności od możliwości, a przede wszystkim zadowolenia, przekazują przewodnikowi dowolny datek.
Tu jednak oprowadzająca nas dziewczyna zaczęła od tego, że ‘free walking tour’ wcale nie polega na tym, że jest za darmo, tylko ze każdy może w nim uczestniczyć (tak jakby przy zorganizowanych płatnych wycieczkach była jakaś selekcja), że ona musi płacić podatek od każdej osoby (nie powiedziała jaki), nie chce dopłacać do swojej pracy, a na koniec wymusiła od większości spore pieniądze twierdząc, że na pewno wszyscy się zastanawiają ile jej zapłacić, to powie, że ludzie dają „co najmniej tyle’ podając dość wysoką sumę… No i kto chce uchodzić za skąpca?
Poza aspektem naciągania finansowego, tour był niezwykle nudny. Zamiast ‘walking tour’, był ‘standing tour’, gdyż zatrzymaliśmy się jedynie przez kilkoma budynkami i słuchaliśmy przez bardzo długo w upale ich szczegółową historię.

Dodam, że wycieczka zakończyła się w odległości kilku przecznic od katedry, której jednak nie było wśród zwiedzanych obiektów. Pewnie znak czasu i sekularyzacja przyczyną. Ale dam jedno zdjęcie katedry, bo wyjątkowa.
5 dni to za mało. Albo trzeba wrócić
Bylam w Rio 5 pełnych dni. Za mało. Zobaczyłam może z połowę rzeczy, które miałam la liście rzeczy do zobaczenia/ zwiedzenia.
Nie miałam szans zobaczyć Stadionu Maracana, gdzie trenował Pelé, gdyż na czas karnawału był zamknięty (jak wiele innych rzeczy, nie wiem dlaczego, by pracujący tam też mogli się bawić?) . Nie widziałam ogrodu botanicznego. Przede wszystkim zabrakło mi jednak czasu na posłuchaniu gdzieś bossa novy, którą uwielbiam, pójścia do baru, gdzie ponoć powstawała piosenka: Garrota de Ipanema…
No cóż, trzeba tam wrócić.